Intro. Zaczyna się od ciszy — typowej dla porzuconych miejsc, gdzie kurz i echo zastąpiły ludzkie głosy. Opuszczone muzeum, szyby zabite deskami, gabloty przewrócone, fragmenty wystaw porozrzucane po marmurowej posadzce. Na suficie plamy światła wpadają przez dziurawe okna; wszystko skąpane w złamanym popołudniowym świetle.
W głębi sali, między przewróconym rzeźbiarskim piedestałem a połamanym makietowym drzewem, stoi ona — Ellie Williams. Krótkie, napięte oddechy, kapturem cofniętym, twarz skupiona. W dłoniach trzyma najlepiej znany jej sprzęt: karabin, lekko pochylona sylwetka, oczy szukające ruchu. Przed nią — oligarchia chaosu: dwudziestu członków WLF, rozsianych po sali i balkonach, zasłaniających się za eksponatami, komunikujących się krzykami i chłodnymi, wojskowymi gestami. Kilku przesuwa się w kierunku schodów; dwóch próbuje zabezpieczyć wejścia.
Strzały przerywają ciszę — krótkie serie, stłumione pogłosem w kamiennych wnętrzach.